MEN po raz kolejny pokazuje, że nie ufa szkołom, dyrektorom i nauczycielom. Zamiast zająć się realnymi problemami oświaty — brakami kadrowymi, przeciążeniem nauczycieli, chaosem legislacyjnym, fatalnymi warunkami pracy i narastającymi problemami wychowawczymi — ministerstwo woli uprawiać politykę pozorów.
Zakaz telefonów przedstawiany jest jak wielka reforma, choć w rzeczywistości w wielu szkołach takie zasady obowiązują od dawna. Dyrektorzy i nauczyciele wypracowali własne rozwiązania, dostosowane do potrzeb uczniów i specyfiki placówek. MEN nie wnosi tu nic nowego. Ono jedynie centralnie narzuca to, co szkoły już dawno same uregulowały.
To nie jest żadne „wsparcie”. To jest klasyczne mikrozarządzanie i kolejny dowód na to, że resort chce kontrolować każdy detal funkcjonowania szkoły, jednocześnie nie biorąc odpowiedzialności za sprawy naprawdę fundamentalne. Z jednej strony słyszymy o autonomii szkół, z drugiej — ministerstwo coraz głębiej wchodzi w kompetencje dyrektorów, rad pedagogicznych i całych społeczności szkolnych.
Najbardziej oburzające jest to, że MEN odwraca uwagę od spraw naprawdę ważnych. Łatwo jest ogłosić medialny zakaz i opakować go w hasła o trosce o dzieci. Znacznie trudniej rozwiązać problemy, które od lat duszą polską szkołę. Brakuje nauczycieli, rośnie biurokracja, odpowiedzialność zrzuca się na szkoły, a potem jeszcze te same szkoły traktuje się jak niesamodzielnych wykonawców poleceń z góry.




