Od lat nauczyciele słyszą, że są fundamentem państwa, że wykonują jeden z najważniejszych zawodów, że od ich pracy zależy przyszłość dzieci i młodzieży. A jednocześnie to właśnie oni coraz częściej zostają sami ze wszystkim, co w szkole najtrudniejsze: z przemocą, z presją, z konfliktami, z oskarżeniami, z przeciążeniem, z brakiem wsparcia i z poczuciem, że system wymaga od nich wszystkiego, sam nie dając prawie nic.
I właśnie w takim momencie pojawia się pomysł powołania rzecznika praw nauczycieli.
Brzmi poważnie. Brzmi troskliwie. Brzmi jak pomoc. Ale tylko na pierwszy rzut oka.
Bo jeśli nauczyciel naprawdę potrzebuje rzecznika, to znaczy, że państwo nie potrafi zagwarantować mu ochrony, którą już dawno powinno zapewniać. To znaczy, że nie działają przepisy, które miały go chronić. Nie działają instytucje, które miały stać po jego stronie. Nie działa nadzór. Nie działa odpowiedzialność. Nie działa system.
I zamiast ten system naprawić, ktoś proponuje dostawić do niego kolejny urząd.
To nie jest rozwiązanie problemu. To jest próba przykrycia problemu nową nazwą.
Bo rzecznik nie sprawi, że nauczyciel odzyska autorytet. Nie sprawi, że dyrektor zacznie go realnie bronić. Nie sprawi, że kuratorium przestanie być narzędziem nacisku. Nie sprawi, że rodzic przestanie traktować nauczyciela jak chłopca do bicia. Nie sprawi, że skończy się przerzucanie winy, odpowiedzialności i strachu z jednego szczebla na drugi.
Rzecznik może natomiast zrobić jedno: stworzyć wygodne złudzenie, że coś zostało załatwione.



