Edukacja włączająca w polskich szkołach miała być szansą. Dziś zbyt często jest źródłem chaosu, przeciążenia i bezradności.
Na papierze wszystko wygląda dobrze: szkoła dla wszystkich, równe szanse, wsparcie, indywidualizacja. W rzeczywistości nauczyciel zostaje z klasą liczącą często ponad 25 uczniów, w której są dzieci z orzeczeniami, opiniami, trudnościami emocjonalnymi, problemami społecznymi, dzieci migracyjne uczące się języka polskiego, uczniowie wymagający stałych dostosowań, a obok nich także ci spokojni i zdolni, którzy po prostu znikają w tle.
I właśnie tak dziś często wygląda edukacja włączająca w Polsce: piękna idea, fatalnie przygotowana praktyka.
Nauczyciel ma uczyć, wychowywać, indywidualizować, reagować na kryzysy, pilnować bezpieczeństwa, prowadzić dokumentację, współpracować z rodzicami i specjalistami, a przy tym realizować podstawę programową. Wszystko naraz. Wszystko w przepełnionej klasie. Wszystko pod presją odpowiedzialności za każde zdarzenie.
Tylko że tak się nie da.
Polscy nauczyciele coraz częściej mówią wprost: brakuje czasu, brakuje ludzi, brakuje specjalistów, brakuje sal, brakuje realnego wsparcia. Jest za to coraz więcej obowiązków, coraz więcej trudnych zachowań, coraz więcej agresji i coraz więcej udawania, że system jeszcze działa.
Nie można bez końca powtarzać, że „jakoś sobie poradzimy”, kiedy szkoły działają na granicy wydolności. Nie można mówić o skutecznej edukacji włączającej tam, gdzie jeden nauczyciel ma odpowiadać jednocześnie za potrzeby kilkunastu różnych uczniów wymagających zupełnie innych metod pracy. Nie można też przemilczać faktu, że w tym wszystkim tracą wszyscy: dzieci potrzebujące wsparcia, nauczyciele i cała reszta klasy.
Trzeba wreszcie powiedzieć coś, czego wielu boi się powiedzieć głośno: nie każde dziecko powinno uczyć się w szkole masowej. I to nie jest żadna stygmatyzacja. To jest realizm i troska o dobro dziecka.
Nie bójmy się szkół specjalnych, terapeutycznych i placówek, które naprawdę są przygotowane do pracy z uczniami o konkretnych potrzebach. To nie są „gorsze szkoły”. Dla wielu dzieci są po prostu lepszym, bezpieczniejszym i skuteczniejszym miejscem rozwoju niż przepełniona szkoła ogólnodostępna, która nie jest w stanie zapewnić im odpowiedniego wsparcia.
Największym błędem jest dziś udawanie, że jeden model pasuje do wszystkich. Nie pasuje.
Jeśli edukacja włączająca ma mieć sens, to musi być oparta na realnych warunkach: mniejszych klasach, większej liczbie specjalistów, jasnych procedurach, lepszym finansowaniu i prawdziwym wsparciu dla nauczycieli. Bez tego będzie tylko kolejnym hasłem, za które najwyższą cenę zapłacą dzieci i szkoły publiczne.
Może warto zaprosić kogoś z kierownictwa MEN na miesiąc do pracy w szkole, żeby na własnej skórze przekonał się, jak w praktyce wygląda realizacja utopijnej wizji edukacji włączającej.
Dość pudrowania rzeczywistości.




