
Wystarczy chwila: jedna uwaga, jedna interwencja, jedna próba postawienia granicy. I szkolna codzienność potrafi zamienić się w konflikt, w którym nauczyciel przestaje być profesjonalistą, a staje się stroną oskarżaną – nie przez ucznia, lecz przez dorosłego.
Coraz częściej to rodzice testują granice szkoły. Skargi, presja, oskarżenia o „atak” czy „brak kompetencji” pojawiają się tam, gdzie szkoła po prostu reaguje. Paradoks polega na tym, że im bardziej nauczyciel próbuje chronić porządek i dobro uczniów, tym szybciej bywa podważany jego autorytet.
Szkoła została obsadzona w roli instytucji od wszystkiego: ma wychować, naprawić, wyrównać, rozwiązać kryzysy i ponieść pełną odpowiedzialność za efekt. Odpowiedzialność ta jednak rzadko bywa wspólna. Gdy pojawia się problem, ciężar niemal zawsze spada na nauczyciela i dyrektora, a rodzic coraz częściej występuje jako klient składający reklamację, nie partner w wychowaniu.
Przerzucanie winy jest wygodne, ale kosztowne. Niszczy relacje, podważa autorytet szkoły i wprowadza chaos, który najszybciej odczuwają dzieci. Uczą się one, że odpowiedzialność można oddać innym, a presja i krzyk bywają skuteczne.
Od nauczycieli oczekuje się w tej sytuacji absolutnego spokoju, opanowania i odporności – nawet wtedy, gdy są atakowani. Mają stawiać granice, ale tak, by nikt nie poczuł się nimi dotknięty.
Szkoła nie jest wrogiem rodzica, ale nie zastąpi rodziny. Bez współodpowiedzialności dorosłych każda interwencja staje się polem konfliktu, a jedynym przegranym pozostaje dziecko.
——–
https://strefaedukacji.pl/szkola-ma…/ar/c5p2-28300251



